Valmera - część 1
Świat
jest wypełniony ludzkimi żądzami. Człowiek jest wadliwy.
Uzależniony od innych, słaby. Valmera wpatrywała się w mężczyznę, który siedział przed nią. On się wił. Kłamał, wiele mówił, jego słowa miały
być dokładnie tym co chciała usłyszeć. Próbował imponować,
improwizować, zachęcać. W gruncie rzeczy był śmieciem. Śmieciem,
któremu cholernie na czymś zależało. Korposzczurem, który
pozbawiony perspektyw w życiu, przynajmniej na jeden wieczór szukał
kogoś kto okaże mu atencję i da pozory bliskości. Wpatrywała się
w niego z idealnym, wypracowanym uśmiechem i po prostu przytakiwała.
Co jakiś czas wydawała z siebie leciutki śmiech. Patrzyła się
jak go to rozpala. Pastwiła się widokiem naiwności. Czuj się
dobrze póki możesz – pomyślała. Czuj się śmieszny, słuchany,
czuj się zwycięzcą, rycerzyku. Czas mijał. Było przyjemnie. Było
cudownie, nawet nie zadał jej żadnego pytania, nie była niczym
obciążona, miała go w garści. A on dalej się wił. Dalej kłamał.
Opowiadał o swojej doskonałej pozycji w teamie, w pracy. Wiedziała
że jest chłopcem na posyłki, gdy szef mówił żeby został trzy
godziny po pracy, to robił to bez gadania. Przydupas bez perspektyw
na awans. Nie miał w sobie żadnego buntu. Zmyślał o podróżach
po całym świecie, o ludziach jakich zna, znał i zamierza poznać.
Mogła go zniszczyć w każdym momencie. Zapytać o jakiś szczegół,
obalić jego kłamstwa, to było bardzo łatwe. Ale nie robiła nic,
poza śmiechem, przytakiwaniem i wpatrywaniem się w jego oczy. W
swój wzrok włożyła całą ufność i zalotność, jaką mogła
poświecić szczurowi tego typu. Widziała jego szczęście, jego
plany na przyszłość – tą najbliższą i tą dalszą. Doskonałe
pożywienie. Pełne pozytywnych emocji. Jakiż on zauroczony, ileż
energii życiowej, ileż fałszu. A jeszcze dodatkowo wygląda na to
że się upił. Otwiera się coraz mocniej. Zaczyna gadać o
nieszczęśliwym dzieciństwie, o pierwszych nałogach, pierwszych
związkach, pierwszych odrzuceniach i porażkach. Staje się szczery.
Czas to przerwać. Albo raczej zacząć. Pamięta jego imię i
nazwisko. Ale one nic nie znaczą. On sam nic nie znaczy. Jest
prochem.
Jest śmiertelnikiem. Pełnym
naczyniem. Jego egzystencja jest po to, aby żywić takie istoty jak
Valmera. Są dwa rodzaje ofiar. Niewolnik – ktoś kogo trzymasz
blisko, ktoś kto jest od ciebie uzależniony, dajesz mu nadzieję i
wykorzystujesz go na każdym kroku, a w międzyczasie czerpiesz jego
krew. Nigdy zbyt wiele, tak by mógł żyć i służyć. A jak już
się nie nadawali do służby, no to cóż, mieli problem. Ten
mężczyzna nie nadawał się na niewolnika. Był zbyt słaby, zbyt
głupi i fałszywy. On jest drugim typem ofiary. W jej gronie
nazywano to Holokaustem. Obiekt, cel, który się zabija i pożywia
całą krwią, do sytości. Krew ma wtedy zupełnie inny smak. Jest
ta nutka zaskoczenia i przerażenia. Zabity niewolnik nie ma siły
się bać. Holokaust jest uzależniający, pyszny i
satysfakcjonujący. Dodatkowo jest brudny, niektórzy to lubią, inni
nie. Wszystko zależy od gustu i ilości dywanów w domu. Cholernie
ciężko jest zmyć krew z dywanu. W mieszkaniu Valmery nie było
dywanów. Było za to przenikliwe zimno, tak znajome, tak przyjazne
dla jej serca.
Zamyśliła się i jej rozmówca to
dostrzegł. Zaczął zadawać pytania. Dowiadywać się czy wszystko
w porządku, czy dobrze się czuje. W jej umyśle wszystko działa
doskonale, ale jakby on się zamyślił to by mogło się to źle
skończyć dla jego zdrowia. A ofiara powinna być zdrowa. Najlepiej
jak jest szczęśliwa tuż przed śmiercią. A w momencie śmierci
czuje już tylko blady strach. Postanowiła nie znęcać się dłużej
na emocjach tego pajaca. Podziękowała mu i zaproponowała żeby ja
odprowadził do mieszkania. Oczywiście się zgodził. Ostatni jego
wybór w życiu. Tak jak wielu przed nim. Zostawił na stole pokaźną
kwotę, przynajmniej kelner będzie miał pożytek z jego życia,
kupi sobie jakąś ładną rzecz za napiwek. Mężczyzna nie
przestawał mówić, komplementować jej osoby, zauważyła szczęście
w jego oczach. Pomógł jej włożyć obszerny czarny płaszcz z
kaszmiru. Nie brzydziła się jego dotykiem, jego ciało i dusza już
należą do niej.
Opuścili bezimienny klub na
Pędzichowie. Było przed północą. Przejmujące listopadowe zimno
pieściło jej twarz. Było stosunkowo jasno i głośno. Ulica Długa
prowadzi do samego centrum, do plant, później rynku, a tam światła
nie gasną. W tym rejonie Kraków nigdy nie śpi. Nocny tramwaj
odjeżdżał w kierunku Dworca Towarowego. Poszli w przeciwnym
kierunku. Valmera mieszkała na granicy Basztowej i Długiej. Miejsce
doskonałe. Idealna baza dla wampira. Wszędzie blisko. Kluby,
knajpy, rynek, planty, to wszystko stoi otworem. Jej towarzysz dalej
nie zamyka ust. Nie zwraca uwagi na jej milczenie. Ślepy, samotny,
pójdzie za nią wszędzie. Jego słowa są coraz bardziej irytujące.
Ale to wszystko w wyższym celu. Wyssać, zabić, zapomnieć. To plan
na najbliższy wieczór.
Mijają przechodniów, rozpromienione
pary, pijani turyści, inni, zwykli ludzie. Trochę zbyt wiele jak na
jej gust. Jest Listopad, jest zimno, jest smutno. Powinni siedzieć w
ciepłym domu i oglądać telewizję. Im więcej osób, tym większe
prawdopodobieństwo, że ktoś zapamięta rozgadanego mężczyznę i
milczącą kobietę idących prosto w objęcia śmierci. Chciał
potrzymać się za rękę. Zdecydowanie odmówiła, jej dotyk mógłby
go przestraszyć. Zresztą byli już blisko. Klucz szczęknął w
objęciach pierwszej bramy, tej która prowadziła na klatkę.
Poleciła mu by był cicho. Niby po to żeby sąsiadów nie budzić.
Nie ma dźwięków, nie ma słów, jest ofiara i ma milczeć.
Delektowała się spokojem przez parę chwil wspinaczki po schodach.
Drzwi do jej mieszkania były potwornie grube i ciężkie. Po
przekroczeniu wrót do jej królestwa dźwięk nie miał znaczenia.
Można było krzyczeć. Można było niszczyć meble, ubijać mięso,
puszczać muzykę na cały regulator. Małe i ciche miejsce do
mordowania. Teraz już nie miała oporów. To pułapka, to ośrodek
jej władzy. Kuchnia z salonem, łazienka i sypialnia.
Ciemnoniebieskie ściany, oblepione starymi tandetnymi obrazami jej
własnego autorstwa. W kącie walały się szkice, niedokończone
teksty, na wszystkim leżała czarna gitara elektryczna. Gra się
skończyła, teraz przyszedł czas na czystą zabawę. Nadszedł czas
na artystyczną część życia tego robaka. Na dzieło sztuki o
roboczej nazwie „szczęśliwy przegryw”.
Zaczęła agresywnie. Popchnęła go
na kanapę. Oczywiście zinterpretował to tak, jak tylko durny męski
umysł potrafi będąc w domu pięknej kobiety. Wciąż się głupawo
uśmiechał, a jego pijana usta obleśnie chichotały. Wydawało mu
się, że pierwszy raz w życiu coś osiągnął. Widziała w jego
oczach błysk łowcy, który posiadł ofiarę. Valmera nie lubiła
głupców. Właściwie to nikogo nie lubiła. Nie miała ochoty na
granie, manipulowanie, zaloty, miała już dosyć. Przybliżyła się
do niego. Ocierała się wolno swoim ciałem o jego. Czuła to
niezwykłe podekscytowanie jakie od niego biło. Czuła zapach
zwycięstwa. Pogładziła jego czoło. Przejechała paznokciami po
policzkach. Jej twarz była coraz bliżej celu - szyi. Widziała
szkliste kropelki potu na jego skroniach. Słyszała niespokojny,
wyczekujący oddech. Słyszała dudniące, szybkie serce. Słyszała
krew buzującą w jego żyłach. Później jej zmysł słuchu się
wyłączył. A szkoda, bo lubi słyszeć krzyki swoich ofiar. Im
mocniej krzyczą tym bardziej cierpią. To zabawne jak blisko
ekscytacji jest blady strach. Holokaust jest szybki. Wysysasz
absolutnie wszystko – życie, marzenia, krew, strach, miłość.
Cały komplet emocji, całą artystyczną wartość. Zostaje pusta
cielesna skorupa, pozbawiona człowieczeństwa. To wygląda jak
lalka, po której przejechał walec. Albo bardziej jak człowiek po
kąpieli w kwasie.
Valmera zsunęła się z resztek,
jakie pozostały na kanapie. Bez wątpienia, ten człowiek przeżył
piękną śmierć. Śmierć wręcz doskonałą. Perfekcyjną
estetycznie. Cała ta otoczka, cały ten brud, walające się po
podłodze zgliszcza, swąd życia, wysysanego tak szybko, że siła
tarcia przyzywa płomienie. To jest czyste, nieśmiertelne piękno.
Valmera przyklękła przed martwym ciałem i zaczęła cicho
szlochać. Była przytłoczona wielkością jej dzieła. Słone łzy
spływały do jej ust i rozcieńczały gęstą krew. Jęczała
wpatrzona w przestwór doskonałości. Podziwiała każdy strup
zaczepiony o materiał sofy. Oglądała ze wszystkich stron swoje
zakrwawione ciało. Płakała, dyszała i monotonnie biła pokłony
przed swoim dziełem. Było jej smutno. Nie da się osiągnąć
większego piękna, niż martwe ludzkie ciało, własnoręcznie
zabite. To przejście pomiędzy wybitnym szczęściem, a przerażeniem
śmierci. To życie, kontrast dla zimnej bieli. To potężna,
estetyczna sztuka, stworzona z brzydkiego człowieka, pozbawionego
marzeń. On stał się pięknym motylem. I tak jak ulotny motyl, żył
tylko chwilkę, tylko przez moment. Nie mogła znieść tego natłoku,
osunęła się na podłogę i przestała myśleć.
