Valmera #2

Valmera #2


Poprzednia część - https://bit.ly/2BZkfby
 
  W snach odnajdywała w sobie człowieka. Uciekała od swojej codziennej formy. Stawała się wolna. Oddychała czystym, świeżym, żywym powietrzem. Mogła swobodnie stać w słońcu, wpatrywać się w cudy zwykłego świata. Troszczyła się o codzienne obowiązki. Śniła o innych ludziach. O miłości, prostocie i bliskości. Jej obecne życie nie zaspokajało podstawowych psychologicznych potrzeb istoty ludzkiej. Ciągły głód krwi napędzał kolejne intrygi, angażował czas i niszczył wszystko inne. Valmera żyła by mordować, pożywiać się i czasami naskrobać jakiś smutny wiersz do starego albumu. Ale za to w snach mogła latać. Mogła zapomnieć o tym kim jest.

  Nie trwało to nigdy zbyt długo. W pewnym momencie poczuła nieprzyjemny, żelazisty smak w ustach. Błyskawicznie się obudziła. Za oknem panował półmrok, zbliżał się kolejny wieczór. Wszystkie jej mięśnie były napięte. Ręce drżały. Szczękała zębami, ogarnęło ją przenikliwe, wszechobecne zimno. Chwyciła się za głowę, próbowała ocierać oczy. Dotarły do niej pierwsze spazmy. Musiała zacząć myśleć i działać. Holokaust dawał potężną dawkę emocji i energii, ale tym razem coś poszło nie tak. Zebrała do kupy podstawowe zwoje umysłu. Musi się pożywić. Teraz, natychmiast. Jakimś cudem udało jej się zapiąć guziki w płaszczu. Wsunęła stopy w buty i zataczając się opuściła mieszkanie. Przekręciła klucz w zamku. Nie – to nie jest dobry pomysł. Przekręciła go z powrotem. Wróciła do środka. Chwiejnym krokiem wpadła do łazienki. Resztkami sił odkręciła kran. Zaparła się łokciami o zlew i spojrzała przelotnie w lustro. Wciąż miała na sobie resztki swojej ostatniej ofiary. Zaczęła na oślep chlapać wodą po twarzy. Zakręciła kurek. W ten sposób będzie się jedynie bezcelowo motać. Musiała zmienić koncepcję. Szybka analiza sytuacji - jest głodna, słaba, brudna i nie ma kontroli nad swoim ciałem. Standard, od jakichś trzydziestu lat żyje w taki sposób. Wyszła z łazienki. Dorwała torebkę, po chwili udało jej się wyciągnąć telefon.

  Sygnał trwał całą wieczność. A potem nastąpił kolejny. I kolejny. Czuła jak niewidzialna pętla zaciska się na jej gardle i ściąga w toń podłogi. Kilka trzasków oznajmiło, że słuchawka po drugiej stronie została podniesiona. Odetchnęła z ulgą.
 - Dwójkę, natychmiast – wychrypiała i błyskawicznie się rozłączyła.
  W rogu salonu znajdował się stary, stylowy kufer. Nie rzucał się on w oczy, nie na tle innych ciekawych elementów eleganckiego wystroju. W środku trzymała pieniądze na nagłe okazje – takie jak ta. Otworzyła klapę i zaczęła odliczać odpowiednią kwotę. Taka jest właśnie wartość ludzkiego życia. 40 000 złotych za jednego, 60 000 złotych za dwójkę. Niektórzy powiedzą, że to bardzo mało, że w sumie to to nie są żadne pieniądze – i mają absolutną rację. Ale na Holokaust nie było aż tak wielkiego popytu. Jako ofiary sprzedawani byli przeważnie niewolnicy. Zużyte naczynia, wykorzystywane przez wampiry przez kilka, nawet kilkanaście lat. Kiedy niewolnik się znudził, wyczerpał, to po prostu trafiał na sprzedaż za żenująco niskie kwoty. Bardziej zamożne wampiry trzymały u siebie nawet setkę niewolników. Tak przynajmniej mówiono o sytuacji za granicą. W Polsce jak w Polsce, bieda, brud, ubóstwo i zaścianek.

  By zaspokajać swoje potrzeby, Valmera zawsze posługiwała się Holokaustem. Nie mogła trzymać przy sobie niewolników. Czuła przeogromną, nieposkromioną rządzę krwi, nikt przy niej nie przeżył dłużej niż pięć dni. W półświatku krakowskich wampirów miała opinię najbardziej zabójczej i niebezpiecznej jednostki. Raz popełniła morderstwo na rynku, łamiąc tym samym wszystkie zasady dobrego gustu, etyki i wampirzych norm. Bardzo ciężko jej było się z tego wywinąć. Ale miała odpowiednie zasoby. Pochodziła z bogatego rodu. A poza tym była silna, niepokonana i absolutnie szalona. Wszyscy musieli się z nią liczyć.

  Rozmyślania przerwał jej dzwonek do drzwi. Błyskawicznie je otworzyła, wpuściła do środka trzy postacie, wampira, mężczyznę i kobietę. Zabarykadowała je z powrotem. Wciąż trzeba było zachowywać bezpieczeństwo. Czuła, że jej ciało zaczyna buzować. Drżała. Miała przed sobą dwie wykończone, brudne i zrezygnowane ofiary. Nie mogła już dłużej czekać. Nie zważając na nic wyciągnęła ręce w kierunku kobiety w średnim wieku. Już prawię ją miała. Czuła koniuszkami palców przepływającą energię. Przeszkodził jej jednak przewodnik ludzkiej pary, Misslevalt – stary, wysoko postawiony w hierarchii wampir.
  - Spokojnie, są twoi. Albo raczej będą. Najpierw pieniądze. A no i musimy chyba pogadać – powiedział wymownie spoglądając na wnętrze pomieszczenia i resztki ludzkiego ciała leżące na kanapie. Ofiary również wpatrywały się w spektakularne zgliszcza. Nic nie mówili, nie mówić musieli. Przerażenie było wryte w ich rysy twarzy. Niby wiedzieli co się za chwile zdarzy. To codzienność. Ale nawet dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści lat niewolnictwa nie mogło ich przygotować na pięć minut z Valmerą.
  Wampirzyca odchrząknęła z pogardą. Podała Misslevaltowi pieniądze. Zaczął je przeliczać. Głód uderzył jej do głowy. Skorzystała z okazji. Błyskawicznie dopadła do pierwszej ofiary. Wgryzła się z całych sił w jej ciało. Poczęła wysysać całą energię, emocje i krew. Missilevalt zareagował, rzucił się na nią i zaczął odciągać od ofiary. Bez większych problemów go odrzuciła. W jej oczach tliła się czysta pasja, głód i nienawiść. Drugi niewolnik – mężczyzna, widząc co się dzieje pragnął się uwolnić. Podbiegł do drzwi i zaczął w nie walić z całej siły płacząc i krzycząc. Kobieta leżała bezwładnie na ziemi, z jej szyi zwisały jedynie strzępy. Jej ciało drżało w ostatnich spazmach. Valmera bez zastanowienia rzuciła się na mężczyznę, który próbował uciec.

  Misslevalt zrezygnował z dalszej walki. Wiedział, że nie wygra z wygłodniałą, stosunkowo młodą wampirzycą. Wpatrywał się w jej błyskawiczne, precyzyjne ruchy. Valmera postanowiła się nieco wyżyć na swoich ofiarach. Rzuciła mężczyzną o ścianę. Wbijała w niego kolejne, przesycone nienawiścią ciosy. Ogarnęło ją absolutne szaleństwo. Krew tryskała na wszystkie strony, ściany nadawały się jedynie do malowania. Łamała kości, zmiażdżyła oczy, gryzła i napawała się bólem. Niewolnik w końcu przestał jakkolwiek reagować na jej siłę. Zwiotczał i upadł na ziemię. Zaczęła wysysać wszystko ze zmaltretowanego ciała. Zrobiła to z imponującą mocą. To prawda co mówili – Valmera była tak potężna, że gdy się pożywiała to siła tarcia wzbudzała mroczne płomienie w żyłach ofiary. Ona była czystym wampirem. Bez najmniejszego pierwiastka ludzkiego. Bez żadnej empatii. Karmiła się strachem, życiem i wszystkim innym, każdą cząstką człowieczeństwa ofiary. Po chwili na ziemi leżały już dwa stosy zwęglonych kości, które kiedyś były żywymi ludźmi. Valmera klęczała. Jej przeszklone oczy były szeroko otwarte. Dyszała, drżała i milczała. Misslevalt czuł jedynie zażenowanie.

  Jako wampir zawsze okazywał szacunek swoim niewolnikom. Sprawiał, że żyło im się u niego stosunkowo dobrze. Zapewniał im niezbędne produkty, sam nie przesadzał też z eksploatacją. Właściwie nigdy nie zabijał swoich ludzkich podwładnych. Oczywiście zużyte naczynia nadawały się tylko do rzeźni. Mieszkanie Valmery miało być tą doskonałą rzeźnią. Do czasu. Kiedyś wampirzyca zabijała swoje ofiary w sposób humanitarny. Od razu, w ułamku sekundy. Ale to co dziś zobaczył Misslevalt nie było nawet Holokaustem. Valmera wyżyła się na jego niewolnikach. Pokazała im dominację, absolutną siłę. Wzrok cierpiącego mężczyzny na zawsze pozostanie w sercu Misslevalta. Czuł, że w jakimś sensie go zdradził. To miało być szybkie, bezproblemowe. Szybki ubój bez zbędnego cierpienia.

  - Teraz czas na kazanie. Ciebie to do reszty popierdoliło – stwierdził.
  Ona wciąż tylko milczała. Uniosła dłonie do twarzy. Otarła krew z policzków i ust.
  - Valmera. Co to ma wszystko znaczyć? Nie, nie musisz odpowiadać. Przyprowadzam ci dwójkę ofiar. Nie musisz się od razu na nich rzucać i mordować. Albo wróć, maltretować. Co się z tobą kobieto dzieje? Ja rozumiem, jesteś najlepszą klientką, kupujesz po dziesięć, dwadzieścia ofiar w miesiącu. Ale czy nie wydaje ci się, że to zbyt dużo nawet jak na ciebie? Jasne płacisz, jasne jesteś uzależniona – wszyscy jesteśmy! Ale to cię nie upoważnia do bycia bestią! - ostatnie słowa wykrzyczał.
  Podszedł do niej. Gwałtownie łapał ją za nadgarstek i pomógł wstać. Spojrzał jej prosto w oczy.
  - Jesteśmy wampirami – kontynuował. - Mamy mieć chociaż krztynę klasy. Popatrz tylko na to wszystko. Gdzie tu jest artyzm. Śmierć nie jest jedynie pustym, bezcelowym końcem. Ty masz wieńczyć ich życia. A robisz to w sposób beznadziejny, szalony, zero klasy – wytarł rękawem fragment krwi z jej policzka.
  - Ten poprzedni – wysapała z dumą. - Ten poprzedni był artystyczny. Był piękny. Niesamowity. Tylko popatrz – wskazała na zgliszcza. -Tylko popatrz. To czysty popiół. On się spalił w swoim strachu. Tak dumny, tak szczęśliwy. A skończył tak idealnie martwy – głos jej się łamał. Spojrzenie wodziło po ścianach. Oczy miała przeszklone, nieobecne.
  - Która to już ofiara w tym miesiącu? - spytał Misslevalt beznamiętnie. Upiorny uśmiech wampirzycy sprawił, że sam poczuł dreszcze na plecach. - Która? - ponaglił.
  - Czterdziesta – wysyczały napawające się niewidzialnym trofeum usta Valmery.